7 czerwca 2018

Recenzja Adidas Terrex Agravic w magazynie "Ultra"

Nigdy nawet nie śmiałem marzyć o publikacji na łamach magazynu "Ultra". Czytam go od pierwszego numeru. Wiem, że piszą tam wspaniali i doświadczeni zawodnicy. Wiele artykułów opisuje wybitne postacie świata biegów ultra. 

Nie pasuję do nich żadną miarą... 

A jednak...

Propozycja od Mikołaja (redaktora magazynu) przyszła niespodziewanie. Zbiegałem właśnie z Baraniej Góry w 18-sto stopniowym mrozie. Telefon w plecaku wyczyniał harce, a ja nie miałem ochoty się zatrzymać. Wiadomość od Mikiego rozpaliła moją wyobraźnię. Poleciałem w doliny jak na skrzydłach.

Po kilku tygodniach wyciągnąłem z pudła nowe terenówki Adidasa. Nie miały ze mną lekko. Zanim zabrałem się za pisanie recenzji, przeżyły ze mną około 300 km biegu we wszystkich możliwych warunkach pogodowych. Tekst miał opowiadać o butach w kontekście przygotowań i startu na 50 km (+/- 2500 m) w ramach wiosennego Salamandra Ultra Trail.

Współpraca przy tworzeniu recenzji układała się świetnie. Największy szok przeżyłem, gdy Miki poprosił o skrócenie tekstu z około 12 do 8 tysięcy znaków. Trzeba było podjąć męską decyzję... wywaliłem całość i zacząłem od nowa. Fajnie było "liznąć" temat pracy przy papierowej publikacji. Dużo się nauczyłem.

Jestem bardzo wdzięczny Mikołajowi za propozycję. Przyznam, że był to dla mnie wielki zaszczyt i nobilitacja. Magazyn jest tworzony dla ultrasów i przez ultrasów. Można znaleźć w nim zawsze mnóstwo ciekawych recenzji i opisów biegów. Pojawienie się na jego łamach mojego tekstu uważam za swój największy sukces literacki.:)

To była super przygoda!

1 czerwca 2018

Przyjemne beskidzkie kółeczko

Plan na beskidzkie kółeczko Dolina Wapienicy - Szyndzielnia - Klimczok - Błatnia - Dolina Wapienicy pojawił się w naszych głowach wiele miesięcy temu. Wyrypa nie chciała jednak dojść do skutku. Plany krzyżowała nam zwykle pogoda lub inne zdarzenia losowe (popijawy, finał Ligi Mistrzów etc). Gdy już mieliśmy termin i dobre prognozy, moja żona zaczęła sugerować, bym... zamieszkał z Łukaszem. Dzięki temu byłoby nam łatwiej organizować kolejne wyprawy. Trąciło to z lekka rozwodem lub przynajmniej separacją...

Nie dałem się jednak złamać... 

Budzik zaryczał w Boże Ciało o 3:45. Odegnałem myśli o byciu skończonym idiotą i zwlekłem się z łóżka. O 4:30 otworzyły się drzwi bloku Łukasza i spojrzała na mnie twarz zdradzająca objawy wielkiego deficytu snu.

- To jednak ja prowadzę? - zapytałem.
- Tak...
- Może odpuśćmy?
- Nie. Przytnę sobie komara w aucie i będzie dobrze...

Tak się właśnie kończą wieczorne "wizyty biznesowe" u szefa. 

Ponoć nie należy kupować samochodów na "f": Fiata, Forda i francuskich. Łukaszowe Renault Megane prowadziło się jednak świetnie. Mój partner rozłożył fotel i udał się w objęcia Morfeusza, jego auto domagało się co chwila wrzucenia "szóstki", więc droga zleciała szybko. 

Na miejscu czekała nas niemiła niespodzianka. Była nią obecność wielkiego znaku informacyjnego tuż przy parkingu. Mówił o zamknięciu szlaku z Doliny Wapienicy na Szyndzielnię (oznaczenie żółte). Dotyczył on dni od poniedziałku o piątku, więc "roboczych" (być może chodziło o zwózkę ściętych drzew). Dzisiaj było święto (na dodatek godzina 6:00), więc uznaliśmy, że można go zignorować. Czas pokazał, że mieliśmy rację. Nie napotkaliśmy na szlaku żadnych utrudnień, może poza... samopoczuciem Łukasza.

Łukasz dogorywa na zboczach Szyndzielni.
fot. Przemek Czuba

Mój znakomity partner dzielnie walczył z samym sobą. Odwodnienie (spowodowane spożyciem alkoholu minionego wieczoru) dawało znać o sobie. Po 2 km podejścia zaczęliśmy kalkulować.


- Jakby się teraz wycofać... To mielibyśmy 2 plus dwa... czyli... 4! 4 km z założonych 20... Hm...
- To już jedna piąta z tego co zamierzaliśmy! - ożywił się Łukasz.
- Tak przyznałem... Nawet nieźle...
- Hm...

Ale wytrzymaliśmy. Mamy psychę ze stali! Ruszyliśmy leniwie w górę ku upragnionemu szczytowi Szyndzielni. Według mapy mieliśmy dostać się tam w 2 godziny. Zdziwiliśmy się, gdy po 70 minutach wędrówki zaczęły wyłaniać się z lasu budynki schroniska. Widok ze szczytu zaparł dech w moich piersiach. Łukasz natychmiast ozdrowiał i chwycił za aparat.

Babia Góra widziana ze szczytu Szyndzielni.
fot. Łukasz Misala

W oddali majaczyło potężne wzniesienie. Babia Góra. U jej stóp snuły się mgły. Po lewej stronie wił się między wzgórzami błękitny język Jeziora Żywieckiego. Trudno opisać ten moment słowami... Staliśmy tam długo zachwyceni spektaklem odgrywającym się w oddali.

Tego poranka na Szyndzielni nie zapomnę nigdy.
fot. Łukasz Misala 

Trzeba było ruszać dalej. Z żalem opuściliśmy miejsce naszego odpoczynku. Kolejne kilometry przeleciały szybko. Robiło się coraz cieplej. W schronisku pod Klimczokiem wypiliśmy dobre cappuccino w przyjaznym cieniu altanki. Potem szybkie podejście stokiem narciarskim (z kapitalnym widokiem na Skrzyczne) i obraliśmy kurs na Błatnią. 

Kroczyliśmy debatując o wszystkim, rozmowa wciągała... 

- A my w ogóle dobrze idziemy? - zapytałem.
- Tak.
- Nie widzę oznaczeń szlaku. A Ty widzisz?
- Nie.


Dodam, że Łukasz był tutaj pierwszy raz w życiu, a ja pierwszy raz od miliona lat.

Gnom-wędrowiec gdzieś na zboczach Klimczoka.
fot. Łukasz Misala


Udało nam się jednak szczęśliwie dotrzeć na Błatnią. Było kilka minut po 10:00. Zasiedliśmy w polowym bufecie na zimnego "radlerka" o mocy... 0%. Słodki napój dobrze nam zrobił. Ruszyliśmy niebieskim szlakiem w dół ku Dolinie Wapienicy. Po drodze mijaliśmy coraz większe grupy turystów walczących ze stromymi podejściami i narastającym upałem. Padły pytania o odległość do szczytu. Niestety nie mieliśmy dobrych informacji. W okolicach zapory szlak zrobił się bardzo stromy. Szybko opadał ku asfaltowi, którym dotarliśmy na parking.

Kolejna wycieczka w przyjemny rejon w towarzystwie bratniej górskiej duszy. Życzę sobie takich wypadów jak najwięcej.

Szczegóły aktywności

10 maja 2018

Majówkowe ultra na raty

Zbliżał się długi majowy weekend. Jak co roku planowałem wyjazd z moimi dziewczynami do rodzinnego Osieka (okolice Sandomierza). Moja mama oczekiwała z utęsknieniem naszego przybycia. Oczekiwanie to wiązało się z gotowaniem niezliczonych potraw, którym zwykle ciężko się oprzeć (mam w tym wieloletnie doświadczenie). Wiedziałem, że puszczanie tych kalorii z dymem, będzie wymagało ode mnie niestandardowego biegowego kilometrażu.

Częste widoki na leśnych ścieżkach w moich rodzinnych stronach.
   
Do głowy przyszła mi myśl o odwiedzeniu znajomych z Kielc i okolic. Góry Świętokrzyskie są wspaniałym miejscem do treningu. Zakochałem się w przyjemnych łagodnych zbiegach już w czasie zawodów w czerwcu 2016 roku. Napisałem do kilku ludzi i ustaliliśmy, że w niedzielę (29 kwietnia) spotkamy się na parkingu w centrum Nowej Słupi. W planie około 30 km towarzyskiego dreptania w Pasmie Jeleniowskim i Łysogór. 

Na Świętym Krzyżu. Od lewej: Dawid, ja, Ada i Michał.

Wycieczka okazała się naprawdę fajna. Na wspomnianym dystansie zdołaliśmy pokonać aż 1200 m w pionie. Przyznam, że byłem zaskoczony, bo przecież Ziemia Świętokrzyska nie słynie z wysokich wzniesień. Poznałem Adę i Dawida. Z przyjemnością zobaczyłem znowu Pawła (niestety w obawie przed urazem łydki, zawrócił na początku wycieczki) i Michała. Spędziłem kilka wesołych godzin na pogaduszkach i żartach. Nie obyło się bez przygód. Zgubiliśmy szlak w pobliżu wierzchołka Szczytniaka, błąkaliśmy się długo po gęstych zaroślach prowokując tabuny kleszczy. W drodze powrotnej marzyliśmy tylko o zimnej Coca-Coli w budce na Świętym Krzyżu. 

Marzenie się spełniło... To była świetna wyrypa!

Marzenie o butelce zimnej Coca-Coli spełniło się. :)

Nie było łatwo pozbierać się po tym mocnym akcencie do kolejnych aktywności. Nogi ciążyły, płuca nie wyrabiały, jednak po jednym dniu odpoczynku ruszyłem w rodzinne lasy. Do walki zmobilizowała mnie także moja siostrzenica Emilia. Przyjechała na kilka dni i chciała polecieć ze mną tradycyjną niełatwą pętelkę po okolicznych asfaltach.

Z Emilią. Pierwszy dzień. Jeszcze jest jej wesoło... ;)

W sumie udało mi się w 7 dni nabiegać prawie 84 km. Jest to mój rekord jeżeli chodzi o tygodniowy kilometraż:

Majówkowe aktywności

Spaliłem z 7000 kcal, ale przyswoiłem chyba więcej. Mama mi nie odpuściła...

17 kwietnia 2018

Salamandra z piekła rodem

Gdybym miał opisać ten bieg jednym zdaniem, byłoby to coś w stylu:

- Dałem z siebie więcej, niż miałem

Dlaczego miałem tak mało? To sprawa do moich przemyśleń i analiz, nie będę Was tym zanudzał. Na pewno dużo się nauczyłem i przybyło mi sporo doświadczenia.

W sumie ciężko mi zebrać to, co się stało w jakąś sensowną i spójną opowieść... Pewnie dlatego, że nie tak to sobie wszystko wyobrażałem.

Pierwsze kilometry były jeszcze całkiem wesołe

Moje nieszczęście zaczęło się od ukłucia w prawą "czwórkę" podczas stromego zbiegu z Ostrego Nydeckiego. Od tego momentu tylko podejścia i bieg po płaskim, nie wiązał się z bólem uda. Miejsca, na których można było fajnie polecieć w dół, stały się dla mnie odcinkami największych katuszy. Doszło do tego, że po długim zbiegu z Małej Czantorii musiałem na chwilę położyć się na środku szlaku. Zaniepokoiło to wiernie towarzyszącego mi Andrzeja, choć przyznał się do tych obaw dopiero dnia następnego. Nie uważam się za mięczaka, ale w tym momencie nie byłem po prostu w stanie biec dalej. 

Zbieg z Ostrego Nydeckiego. Chwilę potem zaczęło się moje nieszczęście.
fot. Andrzej Szczot

Mniej więcej od 25 km zawody te stały się dla mnie pasmem niekończących się kryzysów. Robiłem wszystko, by nie odwodnić się, piłem sporo, zaliczałem wszystkie możliwe strumyczki, uzupełniałem softflaski... nie ustrzegło mnie to jednak od tego nieprzyjemnego stanu. Pojawiały się zawroty głowy, gęsia skórka i totalna niechęć do kontynuowania wysiłku. Gdyby nie towarzystwo Andrzeja i jego wsparcie, na pewnie nie skończyłbym tego biegu. W pewnym momencie uznałem, że dotarcie na Polanę w Ustroniu będzie dla mnie sukcesem. Nie zliczę ile razy myślałem o tym, by zejść z trasy i wrócić do Goleszowa autobusem. 

Sam nie wiem, co pchało mnie dalej? Może myśl, że moja młodsza córka będzie smutna, gdy wrócę bez medalu. Tak... o tym chyba myślałem najwięcej. O tym, żeby nie zasmucić Oli. To była najsilniejsza myśl, która nie pozwoliła mi się poddać.

Na zbiegu z Czantorii Wielkiej na Poniwiec
fot. Andrzej Kaszubski

Dystans 50 km jest dla mnie "maratonem górski", jednak mentalnie zmagałem się tam na pewno ze swoim prywatnym "ultra". Niby dotarłem do mety, ale za cholerę nie umiem sobie wmówić, że wygrałem. Chyba, że w tym przypadku (zachowując właściwe proporcje) sens mają słowa będące tytułem książki himalaisty Aleksandra Lwowa... "Zwyciężyć znaczy przeżyć".

Na szczycie słynnego goleszowskiego kamieniołomu

Jest jednak kilka pozytywnych akcentów w tle mojej ponurej historii. 

Po pierwsze wielkie gratulacje dla Marceliny Słomian i Karola Urbańczyka za zajęcie 3 miejsca na dystansie 50 km odpowiednio w kategorii OPEN kobiet i mężczyzn! Jestem bardzo szczęśliwy, że tak kapitalnie pobiegli, mam bowiem świadomość, jak ciężko pracowali na swoje wyniki! Z całego serca życzyłem im tego sukcesu i życzę wielu kolejnych! To świetni ludzie!

Wielkie brawa i wyrazy szacunku dla Kasi Knapik za 2 miejsce na 25 km! Twarda z niej dziołcha, nie ma co!

Kasia Knapik zbiega z Ostrego Nydeckiego
fot. Jacek Deneka (UltraLovers)

Wspaniale było też namówić do startu na 25 km, a potem spotkać Krzyśka Ślusarczyka. W dawnych czasach zdarzało nam się wspinać razem na sztucznych ścianach i w Jurze. Świetnie było zobaczyć go znowu po latach, choć czasu na rozmowę było mało. Mam nadzieję, że zobaczymy się w listopadzie w objęciach Piekła Czantorii.

Z Krzyśkiem Ślusarczykiem i Ryśkiem Dziamskim przed startem.
 
Szkoda mi Wojtka Probsta, który był murowanym faworytem (jak zwykle zresztą) na dystansie 100 km. Skręcenie stawu skokowego zmusiło go niestety do wycofania się z biegu, mimo dużej przewagi nad drugim zawodnikiem. Zdrówka chłopie! Kuruj się, bo sezon długi i do wygrania jeszcze sporo! Trzymam kciuki

A na koniec zdecydowanie pierwszoplanowa postać tego dnia, czyli Andrzej Kaszubski. Mój kolega z Zabrza, który jak powiedział, że leci ze mną cały bieg, tak też zrobił. Mimo, że jest ode mnie lepszym biegaczem, dzielnie towarzyszył mi i wspierał w trudnych chwilach. Gdyby nie jego towarzystwo nie ukończyłbym tego biegu. 

Jeszcze raz wielkie dzięki Andrzeju za to, co dla mnie zrobiłeś!

Jak widać na zdjęciu, moja historia związana jest mocno z 
Beskidzką 160-tką na Raty

Na koniec zapraszam Was do wpisu Karola o sobotniej walce. :)

4 kwietnia 2018

Stara miłość nie rdzewieje

Po czarnych (IV+) na wędce
Było tak, że z dnia na dzień przestałem się wspinać i zacząłem biegać. Stało się to kilka lat temu. Od tamtej pory nie powąchałem skały, ani panelu (sztucznej ściany). Jakiś czas temu wróciłem do lektury książek wspinaczkowych i wysokogórskich. 

Znowu poczułem zew pionowego świata...

Kiedyś istniała w Gliwicach klimatyczna ściana o nazwie "Fabryka Mocy". Spotkałem tam wielu świetnych ludzi, odbyłem mnóstwo wspinaczek, trochę polatałem. Mam wielki sentyment do tamtych czasów. Potem pojechałem z wesołą ferajną na kurs skałkowy. Nauczyłem się bezpiecznie wspinać na drogach sportowych (obitych). Były wypady poranne w Jurę Krakowsko-Częstochowską, walka na różnych drogach, loty własne i wyłapywanie cudzych (czasem konkretnych). 

Poznałem mnóstwo świetnych ludzi, z niektórymi mam kontakt po dziś dzień. Bardzo cenię sobie te wspinaczkowe znajomości. Jeśli wiążesz się z kimś liną, twoje zdrowie i życie zależy od niego, wtedy często pojawiając trwałe i wartościowe relacje. 

Lina w końcu popracowała
Odświeżyłem stare znajomości. Mój stary partner wspinaczkowy (Robert) z radością przyjął propozycję powrotu na sztuczną ścianę. Zaliczyliśmy już kilka wypadów na panel w kompleksie Jasna 31. Dzisiaj po raz pierwszy od niepamiętnych czasów przeszedłem prostą drogę z dolną asekuracją. Mam nadzieję, że powoli wraca stara forma i prowadzenie będzie dla mnie normą, a nie szczytem możliwości.

A potem trzeba pomyśleć o powrocie w skały...